<< Poprzednia strona | Strona główna | Następna strona >>


2011-11-23 Vilanculo -> Beira (13002 km)

Poranek rozpoczęliśmy targowaniem się o cenę za przewóz bagaży. Połowa minibusa była zapełniona przez turystów, więc miejscowi zwietrzyli świetny interes i zażądali od każdego bagażu po 150 MZN. Oczywiście my się nie zgodziliśmy i inni również (chociaż, gdyby nas nie było, to pewnie by zapłacili tyle ile chcieli). Po ostrych targach daliśmy po 50 MZN i wyruszyliśmy w drogę. Po drodze nasz minibus przejechał kozę – prawdopodobnie wzięli ją na obiad. Po przyjeździe do Beiry okazało się, że znajdujemy się na nowym dworcu autobusowym, daleko od centrum i nawet nie można się znaleźć na mapie. Żeby tego było mało, to jeszcze policja zażądała od nas okazania paszportu. Pokazaliśmy nasze notarialne kopie, co jednak ich nie usatysfakcjonowało i musieliśmy jednak wyciągnąć oryginalne dokumenty. Na szczęście oddali je nam bez problemów.



Podróżowanie w Mozambiku: na pace ciężarówki oraz na pace pick-upa z kozą.


Kupiliśmy bilety na następny dzień na autobus do Nampuli i poszliśmy szukać minibusików jeżdżących do centrum. Na szczęście szybko nam się udało złapać transport, z bocznej uliczki prowadzącej do dworca. Na noc zostaliśmy w Hotel Infante – hotelu trzygwiazdkowym, który lata świetności ma już dawno za sobą, ale z klimatyzacją i restauracją na dole. Po południu uzupełniliśmy nasze zapasy jedzenia w markecie Shoprite, dziwiąc się cenami, w szczególności jogurtów, serów i wędlin. Jogurty były z RPA lub Portugalii a mleko z Argentyny lub Urugwaju. Nie dziwne, że wszystko jest tak drogie, skoro musiało przebyć pół świata (z naszych obserwacji wynika, że w Mozambiku nie produkują żadnej żywności z wyjątkiem bułek przypominających nasze polskie bułki pszenne). Za to musimy przyznać, że mango mają wyśmienite i za grosze (nasz rekord bez jakiegokolwiek targowania to 36 szt. za 10 MTN).


<< Poprzednia strona | Strona główna | Następna strona >>