<< Poprzednia strona | Strona główna | Następna strona >>


2006-08-14, poniedziałek, Santa Marta->PN Tayrona->Santa Marta (km 15130)

Znowu wstajemy dość wcześnie. Kupujemy banany i mango na śniadanie. Około 9:00 wyjeżdżamy z mercado do PN Tayrona, gdzie jesteśmy o 10:00. Wstęp do parku jest bardzo drogi, podrożał trzy razy w stosunku do tego, co jest napisane w naszym przewodniku. Dostajemy pomarańczowe opaski na ręce, które są dowodem zapłacenia przez nas wstępu. Następnie jedziemy kilka kilometrów busikiem. Dojeżdżamy na parking, położony blisko wybrzeża. Idziemy pieszo na plażę Cańaveral. Plaża jest bardzo ładna, nie ma tu wcale turystów, za to widzimy ogromne fale. Plaża słynie z ogromnych, okrągłych kamieni w wodzie i na plaży. Na końcu plaży znajdują się klimatyczne, drewniane domki, które kosztują aż 92$ za noc. Nawet jak byśmy chcieli zostać to i tak nie ma wolnych miejsc. W pobliżu jest mała zatoczka, osłonięta skałami od tych ogromnych fal. Tu można się kąpać i tu stoją leżaki dla turystów mieszkających w pobliskich domkach. Moglibyśmy tu zostać przez cały dzień, ale chcemy zobaczyć inne plaże PN Tayrona.


Zdjęcia z Cańaveral.


Dalej wybrzeże jest skaliste, więc musimy iść w głąb parku. Około 50 minut idziemy przez dżunglę i dochodzimy do Arrecifes. Droga jest dość trudna i nieprzejezdna dla samochodów. Jedzenie i inne towary do Arrecifes dostarczane są na koniach i mułach, których widzieliśmy sporo po drodze. Na Arrecifes są trzy plaże. Wszystkie ładne, ale najładniejsza jest najbardziej oddalona El Cabo. Na El Cabo można się kąpać, bo jest otoczona skałami, które rozbijają fale. Przy El Cabo jest także pole namiotowe. Około godzinę opalamy się i kąpiemy. Po 15:00 musimy wracać. Około godzinę zajmuje nam dojście do parkingu. Ponieważ nie ma busika postanawiamy iść pieszo. W połowie drogi zabiera nas pick-up, w którym na pace dojeżdżamy do bramy parku. Następnie łapiemy autobus do Santa Marta i przed 19:00 jesteśmy z powrotem. Na kolację znowu jemy pizzę z budki na kółkach i pijemy koktajle. Musieliśmy też wymienić trochę pieniędzy i okazało się, że jedynym miejscem, gdzie możemy to dzisiaj zrobić jest pobliski sklep spożywczy.


Zdjęcia z Arrecifes.


Jutro opuścimy Kolumbię. Nie jesteśmy ekspertami od języka hiszpańskiego, ale zwykle rozumieliśmy co do nas mówili ludzie w Peru czy Ekwadorze. Jednak w Kolumbii zaczęliśmy mieć problemy, ponieważ ich hiszpański jest inny. Kolumbijczycy mówią z innym akcentem, trochę szybciej i do tego jeszcze skracają sobie wyrazy nie wymawiając końcówek.


Zdjęcia z El Cabo.


Poza tym ceny w Kolumbii są jak w Polsce. Jest drożej niż w Argentynie, ale taniej niż w Brazylii. Najbardziej przeszkadzało nam to, że w Kolumbii nie mogliśmy kupić sandwiczy czy nawet samych bułek. Za to wszędzie były dostępne soki ze świeżych owoców i koktajle z mlekiem (liquado). Takiego wyboru jeszcze nigdzie nie było. Jest tu też bardzo mało turystów, co jest miłą odmianą po Peru.

<< Poprzednia strona | Strona główna | Następna strona >>