<< Poprzednia strona | Strona główna | Następna strona >>


2006-07-15, sobota, La Paz->Rurrenabaque (km 6380)

Postanowiliśmy wczoraj, że zjemy śniadanie w restauracji koło naszego hotelu. Rano restauracja okazała się zamknięta i zaczęliśmy szukać jedzenia po całym mieście. Nic ciekawego nie znaleźliśmy. Gdy już wracaliśmy okazało się, że w międzyczasie otworzyli wypatrzoną przez nas restaurację. Zjedliśmy całkiem smaczne kanapki na gorąco i zabraliśmy plecaki z hotelu. Następnie pojechaliśmy do dzielnicy Villa Fatima, skąd odjeżdżają autobusy do Rurrenabaque. Autobus miał wyjeżdżać o 11:30, jednak zauważyliśmy, że nikomu tu się nie spieszy. Po 12:00 miejscowi zaczęli krzyczeć na kierowcę, żeby wpuścił ludzi do autobusu i żebyśmy odjeżdżali. Odjechaliśmy z ponad godzinnym opóźnieniem, ale kto by się przejmował takim opóźnieniem na 18 godzinnej trasie.

Zgodnie z tradycją w krajach bez asfaltu, wjechaliśmy jeszcze autobusem na stację benzynową, gdzie zatankowaliśmy. Następnie podjechaliśmy 400 m do góry, na szczyt doliny, w której znajduje się centrum La Paz. Po drodze był jeszcze krótki przystanek obiadowy, na którym można było przez okno kupić np. kurczaka z ryżem. Przejechaliśmy kilkanaście kilometrów i wjeżdżając na przełęcz La Cumbre (4725 m.n.p.m.), gdzie pogoda zmienia się radykalnie. Pojawiła się mgła i jest strasznie zimno. Od tego momentu zaczyna się tzw. „droga śmierci”. Codziennie rano kilkudziesięciu rowerzystów za spore pieniądze zjeżdża tędy w dół, co jest jedną z największych atrakcji La Paz. Później rowery trafiają na dach mikrobusu i turyści wracają do stolicy. My jedziemy zbyt późno, żeby zobaczyć rowerzystów. Też zastanawiam, się nad zjazdem rowerem, ale te ciężarówki jadące z naprzeciwka i ten kurz są trochę odstraszające.


Zdjęcia z „Drogi śmierci”.


„Droga śmierci” ma około 80 kilometrów, podczas których zjeżdża się ponad 3400 m w dół do miejscowości Coroico. Przez pierwsze 30 km „droga śmierci” jest asfaltowa a przepaście są po prawej stronie. Magda jest zadowolona, bo my siedzimy po lewej stronie i oglądamy góry. Po 30 km jest punkt kontrolny, gdzie trzeba wysiąść z autobusu. Zobaczyliśmy ciekawy widok jak żołnierz przeszukując bagaże wsadził głowę do torby i wąchał. Widocznie szukał narkotyków. Biedny kraj, bo u nas takie coś robią psy. Po punkcie kontrolnym kończy się asfalt. Zjeżdżamy cały czas w dół i jest coraz cieplej. Zmienia się także roślinność, jest coraz bujniejsza, w Coroico jest już dżungla. Mgła powoli ustępuje i zaczynamy oglądać przepaście, które są po lewej stronie autobusu, czyli tam, gdzie siedzimy. Droga jest tak wąska, że nie mieszczą się dwa samochody. W celu poprawienia bezpieczeństwa obowiązuje ruch lewostronny i samochód jadący z góry staje, aby przepuścić samochód jadący po górę. Nie odważylibyśmy się tędy jechać, gdyby padał deszcz. Pikanterii dodają krzyże, które czasami pojawiają się przy drodze. Kilka tygodni później oglądaliśmy telewizję, gdzie pokazywali wypadek na „drodze śmierci”. Autobus tej samej firmy, którą jechaliśmy, może nawet ten, którym jechaliśmy spadł w przepaść i zginęło kilkudziesięciu pasażerów. Ten fakt i te 18 godzin jazdy może tłumaczyć, dlaczego większość turystów wybiera przelot samolotem. My jednak jesteśmy z Polski i podróżujemy najtaniej jak się da.

W Coroico jest pięciominutowy przystanek, na którym sprzedają tylko mandarynki. Skąd oni mają mandarynki, jak nie widzieliśmy żadnego drzewa z mandarynkami. Jesteśmy w dole i dalsza podróż odbywa się wzdłuż rzeki. Jednak cały czas jesteśmy w górach. Mijamy kilka wodospadów, których woda wylewa się na drogę. Widzimy też budowane mosty, które wkrótce będą omijały niebezpieczne miejsca, jak te wodospady. Później się ściemnia i jedyne co widzimy to światła mijających nas czasami samochodów. Kierowca bardzo poważnie wziął się za odrobienie opóźnienia z którym wyjechaliśmy. Lecz jego pomysłem było nie robienie przystanków. Kobiety były na niego strasznie złe, bo zrobił przystanek dopiero po 9 godzinach od wyjazdu, czyli w połowie drogi.

<< Poprzednia strona | Strona główna | Następna strona >>