<< Poprzednia strona | Strona główna | Następna strona >>


21.08.2005, niedziela, Victoria Falls->Lusaka (km 6450)

Wstajemy przed wschodem słońca, bo wschód słońca chcemy oglądać nad wodospadami Wiktorii. Bramę otwierają o 6:30 i udaje nam się zdążyć. Wodospady są ogromne i naprawdę robią wrażenie. Nie jest to jeden wodospad a kilkanaście sąsiadujących wodospadów. Dlatego jest tu aż kilkanaście punktów widokowych. Za to w porze deszczowej jest to chyba jeden duży wodospad. Wiemy także, że często z rana tworzą się tęcze przy wodospadach. Udaje nam się zauważyć nawet trzy tęczę. Robimy też jedne z najlepszych zdjęć podczas tej wyprawy, czyli my, wodospady i tęcza. Wracając w stronę wyjścia trafiamy na gromadę małp, które spokojnie sobie spacerują, nie bojąc się ludzi.



Zdjęcia z Victoria Falls.


Wracamy do hostelu po plecaki i idziemy na pieszo na granicę, którą jest most na rzece Zambezi, kilkaset metrów od wodospadów. Przekraczając granicę cały czas słyszymy odgłos wodospadów. Z mostu widzimy ludzi na raftingu po Zambezi. Po przekroczeniu granicy szukamy transportu do Livingstone. Widzimy same taksówki. Chcą od nas 20$ za przejazd. Odchodzimy od granicy, cena maleje do 10$. Jeszcze trochę dalej jest minibus, który zabiera nas za 1$/2 os. do Livingstone. Kierowca jest tak miły, że pozwala nam zapłacić po zamianie pieniędzy w Livingstone. Dowiadujemy się ile kosztuje autobus do Lusaki i wymieniamy pieniądze. Pieniądze musimy wymienić na czarnym rynku, bo jest niedziela. Od 11:00 do 13:45 czekamy aż autobus się zapełni. Korzystając z wolnego czasu idziemy na zakupy do supermarketu. Próbuje też załatwić monety, ale monet nie używa się tu od ponad 10 lat. Naciągacze załatwiają specjalnie dla mnie monety, ale chcą 1$ za monetę. Dziękuję im bardzo, ponieważ zwykle monety dostaje po nominalnej wartości lub za darmo.



Zdjęcie z Victoria Falls.


W autobusie jadą z nami sami Murzyni, do czego się już zdążyliśmy od dawna przyzwyczaić. Po około 7h, czyli o 21:00 jesteśmy w Lusace. Przewodnik zaleca nie poruszanie się po mieście po zmroku, więc zgadzamy się na taksówkę. Jest to stary, rozsypujący się grat, któremu na zakręcie drzwi same się otwierają. Kierowca chce 10$, ale mówimy mu, że mamy mało lokalnych pieniędzy i zgadzamy się na 5$ za dowiezienie nas do taniego hotelu. On zawozi nas do hostelu, który jest pełny, o czym sam dobrze wcześniej wiedział. Później proponuje nam hotel za 22$/os., ale nie stać nas na taki hotel i musimy wymienić pieniądze. Po wymianie pieniędzy jedziemy do hotelu. Teraz najlepsze: taksówkarz wjeżdża na stację benzynową, tankuje za 2$ i prosi nas o zapłatę za paliwo. Płacimy i jedziemy do hotelu. Cieszymy się, bo hotel w rzeczywistości kosztuje 18$. Jednak kierowca taksówki chce od nas 14$, bo musieliśmy jechać w trzy miejsca. Według nas do pierwszego miejsca nie było sensu jechać, jak kierowca wiedział, że nie ma tam wolnych miejsc. Aby wymienić pieniądze też nie musieliśmy jechać, ponieważ stać nas było na hotel za 18$ i 5$ za taksówkę, o czym taksówkarz też wiedział. Dodatkowo nie powiedział do końca, że chce więcej pieniędzy. Przez pół godziny kłócę się w recepcji hotelu z taksówkarzem o pieniądze. Zgadzamy się na równowartość 7$, taksówkarz dostaje 5$, ponieważ 2$ zapłaciliśmy na stacji. Mina mu zrzedła, miał nadzieję, że zapomniałem o stacji benzynowej. Na koniec taksówkarz straszy mnie, że mnie Bóg pokara za to, że dałem mu za mało pieniędzy. Ja mu odpowiedziałem, że Bóg sam osądzi, kto miał rację. Była to nasza pierwsza i zarazem ostatnia taksówka podczas tej podróży. Jakoś nigdy nie lubiliśmy podróżować taksówkami...


<< Poprzednia strona | Strona główna | Następna strona >>