[<< poprzednia strona] [strona główna] [następna strona >>]


09.09.2004 Luang Nam Tha-Muang Sing-Luang Nam Tha

Do Luang Nam Tha dojeżdżamy całkiem szybko, bo spodziewaliśmy się być o 8:00 a dojechaliśmy o 6:00. Wynajmujemy pokój w Bus Station Guesthouse, gdzie zostawiamy plecaki i chcemy jechać o 8:00 pierwszym autobusem do Muang Sing. Okazuje się, że tu już nie ma autobusów, tylko pick-up’y. Jedziemy na pace, bo nie wiemy jak sobie załatwić, żeby jechać z przodu. Pick-up’y wyjeżdżają od 8:00, oficjalnie co półtora godziny, ale w rzeczywistości, jak się zapełnią. Gdy przyszliśmy na dworzec o 7:50 ten, który miał wyjeżdżać o 8:00 był już pełny. Dlatego pojechaliśmy następnym (15000d), wyjechał przed 9:00. Mniej więcej w połowie drogi jest przeszkoda. Z powodu mocnych opadów w nocy ziemia z pobliskiego zbocza osunęła się na drogę, która jest nieprzejezdna, jednak człowiek może przejść bez problemu. Ziemia jest tu bardzo miękka, dlatego w Wietnamie można było prymitywnymi narzędziami wybudować tunele Cu Chi. Mieszkańcy pobliskich wiosek usuwają ziemię i gałęzie z drogi. Widać, że nie robią tego pierwszy raz, jednak bez odpowiedniego sprzętu, na który się nie zanosi, zajmie im to kilka godzin. Nikt tu nie ma telefonu komórkowego a nawet w Kambodży ludzie mieli telefony komórkowe. Naszym pomysłem jest przesiąść się do pick-up’a z drugiej strony blokady, ponieważ ludzie mogą przenieść swoje bagaże przez przeszkodę. Nikt z obecnych nie zna angielskiego, więc pozostaje nam jedynie czekać. Loatańczykom zajmuje ponad 1h, żeby wpaść na pomysł zamiany pojazdów. Podróż do Muang Sing miała trwać 2h, ale zajęła 4h. Tym razem przewodnik LP się nie pomylił, pisząc, że w porze deszczowej droga może być nieprzejezdna.



Obsunięta ziemia na drodze do Muang Sing.


Muang Sing okazuje się malutkim miasteczkiem, które jest handlowym centrum dla kilkudziesięciu okolicznych wiosek. Można spotkać tu kobiety z plemion Akha, Yao i Hmong, które przychodzą na targowisko. Nie ma tu żadnego czynnego biura podróży ani informacji turystycznej. Musimy radzić sobie sami. Postanawiamy wypożyczyć rowery (15000k/dzień lub 3000k/godzinę). Drogo, ale w okolicy nie ma żadnej konkurencji, co osobiście sprawdziliśmy. Gdy już mamy środek transportu, największym problemem okazuje się to, że nie wiemy gdzie jechać. W przewodniku LP powinna być mapa wiosek, albo chociaż nazwy wiosek, które polecają. Wioski są wszędzie, po prawej stronie, po lewej stronie ale problem jest taki, że nie wiemy w których wioskach ludzie chodzą w tradycyjnych strojach. W wypożyczalni rowerów sprzedają (5000k) mapę wiosek, ale bardzo nieczytelną, narysowaną odręcznie, niezbyt przydatną. Pani, która wypożyczyła nam rower, poleca nam wioski pod chińską granicą (2 km od Chin), gdzie jedzie się asfaltową drogą a po 8 km, przy znaku Adonai Guesthouse, skręca się w prawo. Droga do Adonai Guesthouse jest lekko pod górę, a rowery mają za nisko siodełka (albo my jesteśmy za wysocy :) , dlatego dojazd zajmuje nam około 1h. Zostawiamy tam rowery i na pieszo udajemy się do pobliskich wiosek Akha i Yao. W wiosce Akha nie ma nic ciekawego, bo ludzie chodzą ubrani zwyczjanie. Wiemy, że 45 min marszu dalej jest następna wioska (pewnie ciekawsza, bo spotykamy po drodze tradycyjnie ubrane kobiety z plemienia Akha), ale nie mamy czasu, bo musimy zdążyć na ostatni pick-up do Luang Nam Tha między około 16:00. Udajemy się więc do pobliskiej wioski Yao, w której kobiety chodzą tradycyjnie ubrane. Z domów, przy których przechodzimy, wybiegają kobiety które chcą nam sprzedać bransoletki i wisiorki. Kupujemy je głównie dlatego, żeby później mieć możliwość zrobienia tym kobietom zdjęcia. Trochę dalej, starsza kobieta zaprasza nas do swojego domu, w którym pokazuje nam różne towary. Nam dużo ciekawszy wydaje się sam dom, który w środku jest prawie zupełnie pusty. Podłoga to udeptana ziemia. Dom nie ma drzwi, ale ma samą futrynę (otwarte wejście) z przodu i tyłu. Bardzo interesująco prezentuje się widok, gdy stojąc przed domem widać jego wnętrze a przez dom widać podwórko z drugiej strony. Wioski nie były rewelacyjne, bo ciekawsze kobiety widzieliśmy na targu i mijaliśmy jadąc rowerem. Dlatego wracając do Muang Sing, zastanawiamy się, czy pani z wypożyczalni rowerów chciała nas wysłać tak daleko, żeby dłużej nam zeszło i żebyśmy więcej zapłacili, bo wzięliśmy rowery na czas. Nie mamy czasu tego sprawdzić, bo za dużo czasu straciliśmy podczas blokady drogi i musimy zdążyć na ostatni pick-up powrotny. Jesteśmy w Muang Sing przed 16:00, jednak okazuje się, że pick-up minął nas, gdy szliśmy na przystanek, ponieważ odjeżdżał z innego miejsca niż wysiadaliśmy i tam się nie zatrzymał. Płacimy 30000k, żeby inny pick-up dogonił tamtego. Po kilku kilometrach udaje się go dogonić. Oczywiście musimy zapłacić po 15000k za przejazd do Luang Nam Tha, ale to i tak wyszło taniej niż płacić za nocleg jednocześnie w hotelu w Muang Sing i Luang Nam Tha. Wieczorem udajemy się do chińskiej restauracji. Niby jesteśmy w Laosie, ale większość hoteli (w tym nasz) na północy jest prowadzona przez Chińczyków i jest też dużo chińskich restauracji. Najciekawsze jest to, że menu w tej restauracji było tylko po angielsku i po chińsku. Jedzenie było bardzo podobne to tego, do którego przywykliśmy w Wietnamie i Laosie.



Targ w Muang Sing.


[<< poprzednia strona] [strona główna] [następna strona >>]